24 listopada 2008

Zamglone myśli

Dziwne to, ale ludzie chyba lubią cierpieć. Lubią mieć nadzieję, a następnie być mieszani z błotem. Mam kilkanaście koleżanek (pochodzenie z prawobrzeżnej części Warszawy ma tu sporo na rzeczy), które pozwalają sobie na podobny stan. Wiążą się z chłopakiem, który jest dla nich czuły, daje im bezpieczeństwo (z pozoru), często jakieś pieniądze. Są wynoszone na przysłowiowe piedestały, wielbione, czują się ważne i unikatowe, ale... do momentu, gdy tamtemu coś nie wyjdzie. Czy to złapią jego kolegę, który właśnie opylał działkę, czy podpiją za bardzo, a jazgot baby doprowadza ich do sztormu myśli i nerwów, a w rezultacie do rękoczynów. Powiecie, że chore i głupie? A czy my przypadkiem nie robimy tego samego, ale na inną skalę?! Często wygodniej nam zamiast rozstać się z jakąś rutyną (bo w danym momencie wydaje się niesamowita, gdy jest wykonywana) niż stwierdzić: STOP. Najlepsze jest to, że często zdajemy sobie sprawę, że to nas niszczy. Chora sytuacja, która nic nie wnosi do naszego życia oprócz chwili pozornej przyjemności. Widzą to nasi znajomi, przyjaciele, ale my brniemy dalej... Po co? Dlaczego? Z wygody? Lenistwa? A może brakuje nam tak często używanej w obecnych czasach asertywności? Jakiś czas temu sądziłam, iż ten problem mnie nie dotknie. Niby jestem silna, niby mam swoje zdanie i nie boje się go wyrazić. Coś chyba jednak we mnie pękło... A może to tylko pozory?
Dzisiaj stwierdziłam coś jeszcze. Dobrze wiecie, iż pozwalam się poznać tylko niektórym osobom. Wielu mówi, iż oprócz wewnętrznej siły to cechuje mnie zimna, zamknięta postawa, trudno się ze mną negocjuje i... mogłabym tak jeszcze przez parę minut, ale nie o to chodzi ;) Pytanie - kto z Was zna mnie tak naprawdę? Czy wiecie co robię, gdy się denerwuję? Jaka jest moja mina, gdy mi smutno? Co sprawia, iż uśmiech od razu wywoływany jest na mojej twarzy? Wystraszyłam się dzisiaj. Czego? - spytacie. Ktoś wyłapał bardzo wiele z mojego zachowania i to w bardzo krótkim czasie. Czuję się powoli obdzierana z ubrań, żeby nie powiedzieć, że już prawie naga. Mój mały intymny świat przestaje być moją twierdzą. A najlepsze jest to, że ten Ktoś robi to nieświadomie... albo z pełną premedytacją. Nie wiem czy tego chce, nie wiem czy umiem się otworzyć, aż tak na ludzi... Czuję się zagubiona, a moje myśli jakby zasnuła biała mgła...

23 listopada 2008

Ostry przenikliwy terkot trwał dalej....

"Ostry przenikliwy terkot trwał dalej..." to słowa wypisane na okładce książki, która przed chwilą wpadła mi w ręce. Jeden z bohaterów, trudno mi określić czy główny, bo jeszcze nawet jednej stronicy nie przeczytałam do końca, pisarz, zasiadał do swojego dzieła przygotowany ze szczegółowym konspektem powieści do której się przymierzał. Wpadłam wtedy na pomysł by może napisać własną książkę i wszystko poszło by w tym kierunku, gdybym nie przypomniała sobie jak mój zapał bywa słomiany. Może nie jest tak ze wszystkim (bo jak to określił Michał B., z którym miałam możliwość spotkać się po dłużej chwili niewidzenia, w ostatni piątek, potrafię przenosić góry jeśli na czymś naprawdę mi zależy), ale często 1 000 nierealnych pomysłów na minutę przewija się w tej łepetynie zaczepionej na niestabilnym karku i tylko niektóre mają szansę ujrzenia światła dziennego, a promil z nich jest zrealizowany. Tak - nie pomyliliście się, tych nierealnych, z pozoru ;)
Trzy tygodnie... Coś przynajmniej koło tego, nie dawałam oznak życia na owych internetowych stronach. Brak zapisu zero-jedynkowego nie oznacza jednak nudnego żywota. Przez ten czas dostarczono Kalendarz Akademicki na Politechnikę, odnowiłam kontakt z dawnym przyjacielem, stwierdziłam niekompetentność i jeszcze większy bałagan w PKA niż na PW (tak - to jest możliwe), powstały ustalenia co do II Studenckiego Forum Naukowego, Noblista odwołał swój przyjazd w kwietniu, dostałam propozycje pracy dyplomowej, powiedziałam przewodniczącemu SSPW co o nim myślę, przedstawiłam propozycję budżetu KD na przyszły rok, wypiłam po raz pierwszy piwo (ale nie jedno), wstydziłam się za sposób wykonania Wyborów Miss przez pierwszorocznego po raz trzeci senatora, zbratałam z 3 prodziekanami (nie ze swojego wydziału), zrealizowałam 6 laborek w jednym tygodniu (19h), zdobyłam wielkiego sinika na plecach, zebrałam ludzi do nowej ekipy KA, zasnęłam w połowie pierwszego filmu na kinonocy u Kai, odbyłam kilka wieczornych spacerów i taksówkowych powrotów do domu, a także kilka innych rzeczy ;) No i spadł śnieg :D
Jak widać moje lenistwo nie ma końca, więc postanowiłam pomóc jeszcze przy tworzeniu nowego Samorządu. Pewnie chcielibyście wiedzieć coś więcej, nieprawdaż? Ale to chyba w następnym odcinku. Proszę tylko bez przenikliwego terkotu...

2 listopada 2008

Przeznaczenie?

Społeczeństwo dzieli się na takie, które lubi bądź nie być zaskakiwane. Osobiście trudno mi się uplasować w którejś z tych grup. Oczywiście przyjemne niespodzianki oraz te które idą po mojej myśli są mile widziane, co do pozostałych - wywołujących pewien szok - raczej nie.
Wczoraj na chwilę weszłam jeszcze w system elektroniczno-finansowy eW2 w celu zatwierdzenia kolejnego dofinansowania z KD. Sprawa okazała się jednak dłuższa, bo bez konsultacji ze mną zwiększono liczbę osób z 12 do 26 przyjmując tę samą stawkę osobodnia, co niestety jest nie wykonalne pod koniec zarządzania budżetem tym bardziej jeśli mają się jeszcze odbyć niespodziewane projekty, czyli te nie uwzględnione w preliminarzach jednostek. Łukasz poinformował mnie również o nowej opcji w związku z zakończeniem zgłaszania się kandydatów do SSPW, na którą spojrzałam. Zdziwiła mnie większa liczba osób w swoim WRS, stwierdziłam jednak, że jest to liczba zawierająca również "nie potwierdzone" zgłoszenia. Na wszelki wypadek weszłam w inną z zakładek i... doznałam szoku. Moje potwierdzenie kandydowania zostało przez kogoś zaakceptowane. Nie byłabym sobą, gdybym w przeciagu 15 minut nie dociekła co się stało. Moja przewodnicząca postanowiła zaakceptować kandydaturę. Jak? Dlaczego? Tego jeszcze nie wiem - pora była zbyt późna by do niej dzwonić.
Można by pomyśleć w tym przypadku o jakimś przeznaczeniu... Szybko jednak odtrąciłam tę myśl. Mogłabym mieć zastrzeżenia co do wyborów, ale stwierdzam, iż szkoda wysiłku. Tym bardziej, że nie zależy mi na hucznym zakończeniu z mojej strony tej kadencji. KRu, który ma stwierdzić zgodność wyborów przecież nie ma. I tak już źle się dzieje. Decyzję zaś do kandydowania przecież podjęłam, więc po co tracić nerwy...

1 listopada 2008

Trudne 5 minut

Dużo się ostatnio dzieje, a że oprócz spraw dodatkowych mam sporo nauki (przynajmniej w tygodniu z 5 laborkami) to nie miałam za bardzo kiedy pisać. Ostatni czas był wyjątkowo ubogi w chwilę wytchnienia i spokoju.
Tydzień, jak chyba każdy, rozpoczął się od poniedziałku. Nic nie sugerowało tak wielu zwrotów akcji. Wpierw spotkanie ze STERem w sprawie szkoleń WRS, gdzie na podstawie zrealizowanych ankiet wśród potencjalnych uczestników doszlifowaliśmy nową koncepcję. Rozpocząć się miało dwudniowym wyjazdem, na którym za pomocą gier i zabaw studenci nauczyliby się komunikacji między sobą, zżyli, poznali i nastąpiłaby integracja wewnątrz jak i pomiędzy WRSami. Kolejny tydzień służyłby szkoleniu stacjonarnemu, gdzie przekazane by były wszystkie umiejętności twarde (czyli w dużej mierze wiedza regulaminowa i pożyteczna do konkretnej działalności) oraz zaprojektowanoby od samego początku do końca jakiś projekt. W styczniu miałyby się odbyć posiedzenia komisji programowych informujące czym dana jednostka się zajmuje oraz na co był postawiony nacisk w zeszłym roku (w celu świadomych wyborów komisji), a następnie szkolenia tych właśnie komisji z pomocą obecnych przewodniczących. Ustalone również zostało, iż alkoholu SSPW nie kupuje (nawet ze składki uczestników). Wszystko niby pięknie, ale... wszystko pękło dnia następnego jak bańka mydlana. Oprócz krytyki nie usłyszałam niestety nic więcej poza tym, iż alkohol zostanie zakupiony - jak widać Kolegium wie lepiej, co potrzebuje nowy student w strukturach samorządu. W takiej sytuacji podziękowałam za funkcję koordynatora szkoleń WRS. Mam również nieodparte wrażenie, że szkolenie z komunikacji zostało całkowicie olane przez większość zasiadających w tym gremium, bo aż żal było patrzeć na tę porażkę reprezentujących studentów ludzi i sposób rozmowy między nimi na tym spotkaniu.
Na domiar tego (tak - miałam paskudny tydzień) o mało co jedna osoba nie zrezygnowałaby z działalności w Komisji Dydaktycznej. Udało się jednak poprzez rozmowę, ciężką z początku, określić podział kompetencji i zadań między KD a RKN. Fakt, że atmosfera w "samorządzie głównym" utrudnia współpracę z wieloma osobami i odbija się negatywnie oraz niekorzystnie na wszystkich wokół, ale doszliśmy do wniosku, iż przepływ informacji między nami również został zachwiany. Wynika to ze względu na dużą ilość zadań i coraz mniejszą ilość czasu. Postanowiliśmy to jednak szybko naprawić, co przejawiło się chociażby w dniu następnym ponad 3h wyjściem do kawiarni i ustaleniami, co do szkolenia kół naukowych, studenckiego forum naukowego i kilku innych :)
Oprócz spotkania ze STERem, posiedzenia KD, Kolegium, Senatem, spotkania z RKNem, dostarczeniem KA do SSPW zaistniały jeszcze wydarzenia związane ze zbliżającymi się wyborami do WRS. W czwartek zostałam brutalnie napadnięta przez Natalię, która siłą starała się mi wcisnąć długopis w dłoń bym podpisała się pod wnioskiem kandydowania do WRS. Mimo dodatkowych zasobów ludzkich ten cel jej nie wyszedł, a w rezultacie przywitała podłogę i o mało co nie rozwaliła śmietnika :) Tak - niektórzy żałowali, iż tego nie widzieli ;) Nie mniej namowom od czwartku nie było końca. Jedni byli bardziej dyskretni, a inni wręcz nachalni. Nie ukrywam - jest to w jakiś spoób miłe, bo świadczy o tym, iż dobrze (albo w miarę dobrze) wykonuję swoją pracę. Człowiek czasami lubi czuć się namawiany, odczuwać, iż innym zależy na tym by gdzieś był i coś robił, czuje się wtedy spełniony. Zostałam zatem psychicznie zobowiązana do rozważenia kwestii kandydowania. Po jednej stronie leżą chęci, przyzwyczajenia, ale z drugiej - ustalona przeze mnie hierarchia wartości no i studia. Świetnie zdaję sobie sprawę, że na WRS by się nie skończyło - nie oszukujmy się, bo nie potrafiłabym się ograniczyć do tego typu działalności (nie ma jak brak skromności), a żeby się rozwijać należałoby powalczyć o coś więcej niż obecnie, co wiąże się z przesunięciem obrony na kolejny rok. A na to nie chcę sobie pozwolić.
Z "grobów" wróciłam po 14.00. Nie ukrywam - zaczęłam się łamać. Za równo wczoraj, gdy zostało mi uświadomione, iż tak naprawdę posiadam wizję co do funkcjonowania Samorządu i zapytaniu kilku osób na gadu-gadu wraz z elementem pomocniczym - dlaczego by na mnie zagłosował/a, jak i dzisiaj. Postanowiłam zatem porozmawiać z osobami, które najprawdopodobniej by mnie wymeldowały z mieszkania (tak - rodzice), gdybym kolejny rok była w strukturach SSPW. W rezultacie mój głos sumienia zwyciężył, a 15.00 godzina minęła. Jednak ostatnie 5 minut było niewyobrażalnie ciężkie. Dawno mną tak nie targały emocje. Całe szczęście jest już po wszystkim :)