Jakiś czas temu odbyłam rozmowę z koordynatorem jednego z większych (albo nazwijmy to czasochłonnych) projektów SSPW. Powiedział mi coś, co trafiło do mnie dopiero dzisiaj - ustalić cel i się jego trzymać. Ludzie z zespołu po drodze mają tysiące pomysłów, jedne nie tyle warte uwagi ile już zastosowania, a inne do wzięcia pod uwagę, ale nie mające szansy bytu. Wszystkie te jednak idee mogą przysłonić główny cel. Może warto go sobie codziennie powtarzać, aby nie zbłądzić? Nie chodzi mi tutaj jednak o sam projekt, ale o życie. Marzenia - to jedno, ale cel życia - to drugie. Człowiek potrzebuje kierunkowskazów, w którą stronę ma podążać, po to by wiedział czy ma skręcić w lewo czy w prawo by dojechać tam, gdzie chce. W innym przypadku będzie jak żaglówka na morzu, która w zależności od wiatru i pogody będzie płynąć do kolejnego portu albo się zatopi...
13 grudnia 2008
7 grudnia 2008
W poszukiwaniu marzeń
Gdy uda się przystanąć chociażby na chwilę w zabieganym dniu człowiek może odkryć uroki życia. Gorzej jeśli nie znajduje na to czasu, bo wtedy monotonia życia potrafi go przygnieść. Upadki są bolesne i nie każdy ma wystarczająco dużo energii i siły by się podnieść a następnie dreptać dalej nieznaną ścieżką.
Jakiś czas temu zastanawiałam się nad marzeniami. Swoimi marzeniami. Udało mi się ich trochę wypisać:
Życząc możliwości na chwilę zadumy, wracając do zajęć codziennych...
Jakiś czas temu zastanawiałam się nad marzeniami. Swoimi marzeniami. Udało mi się ich trochę wypisać:
- spełniać najskrytsze marzenia bliskich mi ludzi
- dostać gwiazdkę z nieba
- znaleźć swoje miejsce na Ziemi
- odbyć wycieczkę dookoła świata
- zaufać komuś bezgranicznie
- umieć latać szybowcem
- posiadać umiejętność bycia w dwóch miejscach jednocześnie.
Życząc możliwości na chwilę zadumy, wracając do zajęć codziennych...
Kubuś Puchatek ma trochę racji
Jakie macie skojarzenia odnośnie Kubusia Puchatka? Miód, łakomczuch, Prosiaczek, żółty kolor, Miś o bardzo małym rozumku... Nie mogę sobie przypomnieć skąd wynika ten ostatni element. Czyżby przez to, że zawsze wpadał w różne tarapaty i dzięki przyjaciołom wychodził z nich cało?! Jaka jest jednak tego geneza? Potrzeby? Dążenia do celu bez oglądania się na przeszkody i niebezpieczeństwo? Chyba do pozazdroszczenia...
Wczoraj zwrócono mi uwagę, że znowu zaniedbuje bloga, więc postanowiłam się zmobilizować i coś naskrobać. Problem jest taki, że nie wiem jaką sprawę mam poruszyć. Nie żebym przez ostatnie dwa tygodnie nic nie robiła i nie miała własnych przemyśleń. Chociaż... ;)
Jak pewnie zwróciliście uwagę, zbliżają się Święta. Nie da się tego nie zauważyć przechodząc przy pierwszej lepszej witrynie sklepu, która jak nie przybraną choinką, aniołkami, Mikołajem to informuje o tym różnokolorowymi lampkami. W telewizji też już o tym trąbią od ponad tygodnia (jak nie dłużej).
Wiecie, że nie lubię Świąt? Większe tłumy w sklepach, bo ludzie na siłę szukają prezentów na ostatnią chwilę, sztuczne uśmiechy, przesłodzona atmosfera (która nie udziela się tylko osobom, które stoją w kolejce do kasy o 30 minut dłużej niż zawsze oraz tym, którzy muszą stać w korkach przy większych domach handlowych), formalne uniformy (tylko na tego typu rodzinne spotkania mój tata zakłada koszule z krawatem), przyspieszone tempo życia (jakby na co dzień było wolne), wymyślne życzenia (bo przecież należy je złożyć każdemu z osobna)... Nie rozumiem dlaczego w dni powszednie nie moglibyśmy być dla siebie życzliwi, w weekendy spotykać się w rodzinnym gronie, a nie od święta czy pogrzebu? Stwierdzicie, że jestem okrutna. Może i jestem.
Święta lubiłam jako dziecko, bo dostawało się mnóstwo prezentów. Później - bo sama je kupowałam i lubiłam patrzeć na miny obdarowanych (z tego jeszcze czasami czerpie radość). Ale przecież nie na tym one powinny polegać! Rodzinna atmosfera? Niby tak, ale przecież w podobnym składzie widzimy się co jakiś czas bez takich okazji... Również jemy posiłek, bez pośpiechu i dodatkowej sztuczności... Czy ktoś mi może powiedzieć jaki cel mają Święta Bożego Narodzenia? Bo ja chyba zagubiłam ducha, który ogarnia ludzi w ten magiczny dzień... Co gorsza, sądzę, że z podobną sytuacją zmierzyć się musi ponad połowa naszego społeczeństwa (jak nie więcej). A może to wcale nie chodzi o mnie, ale o charakter jakie przybrały te Święta przez ostatnie lata. Wpływ handlu i nakręcającej się maszynki do robienia pieniędzy?!
Żeby nie było, iż patrzę tylko w ciemnych barwach to chcę zakomunikować, iż znalazłam kilka korzyści ze zbliżających się za niecałe 3 tygodnie dni. Jedną z nich jest to, że ludzie zjeżdżają do domów nawet z bardzo daleka, nieprawdaż? Mam nadzieję, że będzie mi przeznaczone spotkać amerykańskiego naukowca, który przed chwilą popędził mnie do łóżka ze względu na godzinę ;)
Wczoraj zwrócono mi uwagę, że znowu zaniedbuje bloga, więc postanowiłam się zmobilizować i coś naskrobać. Problem jest taki, że nie wiem jaką sprawę mam poruszyć. Nie żebym przez ostatnie dwa tygodnie nic nie robiła i nie miała własnych przemyśleń. Chociaż... ;)
Jak pewnie zwróciliście uwagę, zbliżają się Święta. Nie da się tego nie zauważyć przechodząc przy pierwszej lepszej witrynie sklepu, która jak nie przybraną choinką, aniołkami, Mikołajem to informuje o tym różnokolorowymi lampkami. W telewizji też już o tym trąbią od ponad tygodnia (jak nie dłużej).
Wiecie, że nie lubię Świąt? Większe tłumy w sklepach, bo ludzie na siłę szukają prezentów na ostatnią chwilę, sztuczne uśmiechy, przesłodzona atmosfera (która nie udziela się tylko osobom, które stoją w kolejce do kasy o 30 minut dłużej niż zawsze oraz tym, którzy muszą stać w korkach przy większych domach handlowych), formalne uniformy (tylko na tego typu rodzinne spotkania mój tata zakłada koszule z krawatem), przyspieszone tempo życia (jakby na co dzień było wolne), wymyślne życzenia (bo przecież należy je złożyć każdemu z osobna)... Nie rozumiem dlaczego w dni powszednie nie moglibyśmy być dla siebie życzliwi, w weekendy spotykać się w rodzinnym gronie, a nie od święta czy pogrzebu? Stwierdzicie, że jestem okrutna. Może i jestem.
Święta lubiłam jako dziecko, bo dostawało się mnóstwo prezentów. Później - bo sama je kupowałam i lubiłam patrzeć na miny obdarowanych (z tego jeszcze czasami czerpie radość). Ale przecież nie na tym one powinny polegać! Rodzinna atmosfera? Niby tak, ale przecież w podobnym składzie widzimy się co jakiś czas bez takich okazji... Również jemy posiłek, bez pośpiechu i dodatkowej sztuczności... Czy ktoś mi może powiedzieć jaki cel mają Święta Bożego Narodzenia? Bo ja chyba zagubiłam ducha, który ogarnia ludzi w ten magiczny dzień... Co gorsza, sądzę, że z podobną sytuacją zmierzyć się musi ponad połowa naszego społeczeństwa (jak nie więcej). A może to wcale nie chodzi o mnie, ale o charakter jakie przybrały te Święta przez ostatnie lata. Wpływ handlu i nakręcającej się maszynki do robienia pieniędzy?!
Żeby nie było, iż patrzę tylko w ciemnych barwach to chcę zakomunikować, iż znalazłam kilka korzyści ze zbliżających się za niecałe 3 tygodnie dni. Jedną z nich jest to, że ludzie zjeżdżają do domów nawet z bardzo daleka, nieprawdaż? Mam nadzieję, że będzie mi przeznaczone spotkać amerykańskiego naukowca, który przed chwilą popędził mnie do łóżka ze względu na godzinę ;)
"Wiesz Prosiaczku... miłość jest wtedy kiedy kogoś lubimy... za bardzo..."
Kubuś Puchatek
Subskrybuj:
Posty (Atom)