21 lutego 2009

Czas

Zdałam sobie sprawę, że "zawsze jest właściwy czas na zrobienie tego co należy". Uporządkowałam :) Co? Rozpoczęło się banalnie - od pokoju, ale skończyło się na życiu. Ostatnio ktoś mi ciągle powtarza bym zajęła się sobą i nie zwracała uwagi na innych: "oni się o siebie sami wystarczająco dobrze troszczą". Już dosyć robiłam "coś" dla "kogoś", często dostając po tyłku, bo było to (może najczęściej niewielkim, ale zawsze) kosztem mnie. Będąc na swoim pierwszym roku Shczepan powiedział mi, że jeśli będę miała miękkie serce to muszę mieć twardy tyłek. Mimo samej świadomości ta lekcja nic mi wtedy nie dała. Wtedy też zastanawiałam się czy może nigdy nie da, bo to przecież kwestia postawy. Przyszedł jednak moment bym spojrzała z innej perspektywy. Czy to spowoduje, że się zmienię? Chyba nie do końca. Wpierw będę patrzyła na swoje potrzeby, a dopiero na resztę dookoła. To chyba nie tak duża różnica... Ludzie zawsze będą dla mnie ważni - w końcu dzięki nim przeżywa się te piękne i niezapomniane chwile. Postanowienie zatem jest (z obecnie dużą determinacją), pewien zakład również ;) a co do reszty to czas pokaże :)

"Nie trać czasu z kimś kto nie ma go, aby go spędzać z tobą"

14 lutego 2009

W poszukiwaniu własnej drogi

Ostatnie tygodnie spędzam na uporządkowaniu sobie życia i określeniu celów na najbliższą przyszłość. Wydawałoby się banalne, tym bardziej dla takiego organizatora jak ja - nie ma jak samouwielbienie i skromność ;) Planować to ja potrafię, później jednak może być ciężko z konsekwencją. Problem tkwi również w tym, co ja tak faktycznie chcę. Niby mogłabym do września naprawić jedną strefę swojego życia, ale przez to ucierpiałaby inna, a ze względu na moje podejście (często emocjonalne), bardziej mi bliższa. Już widzę stwierdzenie jakiegoś faceta - babskie rozterki...
Można by to wszystko zrzucić na zło tego świata, bo gdyby tylko inne realia w których żyjemy to wahania by nie było. Gorzej, że wskazówki zegara przesuwają się w tym samym tempie i zaraz wskażą godzinę "0" do której będzie trzeba się określić. Oczywiście lubię sobie stawiać wysoko poprzeczkę i przekraczać granicę wytrzymałości - tylko czy warto tym kosztem? Kosztem aktualnie bliskich mi ludzi...
Każdy ma swoją piramidę potrzeb. Podstawa jest u każdego ta sama, ale im wyżej się człowiek wspina tym większa różnorodność. Czy wybranie jednej rzeczy musi wiązać się z utratą drugiej?! Czy człowiek bez niej może dalej funkcjonować?! Nie przez krótką chwilę, ale pewną część swojego życia.

"Nasza droga nie jest wyściełana miękką trawą. Jest górską ścieżką pokrytą kamieniami, lecz idzie w górę, naprzód, w stronę słońca."

6 lutego 2009

Bezradność

Moje wewnętrzne ja ostatnio ma dużo do powiedzenia. Podczas dzisiejszej rozmowy przez jeden z najbardziej popularnych komunikatorów, aż chciało drzeć się wniebogłosy. Niestety, ale zostało mu to uniemożliwione i zamilkło, a dokładnie zakwiliło w moim wnętrzu.
Jeśli emocjonalnie podchodzi się do życia, wtedy odczucia i dana chwila żądzą się własnymi prawami. Umysł często jest odsunięty na bok. Dopiero po czasie dochodzi do nas co takiego zrobiliśmy i jak to mogło wpłynąć na kogoś. Paradoksalnie wpadamy w pętle. Zaczynamy martwić się o odczucia i komfort tej osoby. Może i nasze sumienie byłoby czyste, gdyby udało się porozmawiać, wyjaśnić… Jeśli jednak nie - to znowu pod wpływem przygnębienia, emocji i „zła tego świata” robimy coś. A to coś… dobrze wiecie. Najciekawsze jest to, że ludzie mają tego świadomość. Szkoda tylko, że niewielu udaje się wyrwać z tej pułapki i muszą albo przestać „patrzeć” sercem na świat albo stać się egoistami.

„ONA potrzebuje współczucia, ON proponuje rozwiązania”
„ONA sądzi, że mu pomaga, a ON czuje się kontrolowany”

5 lutego 2009

Walka z „autorytetem”

Stawiając sobie poprzeczkę, czy to każdego dnia czy co jakiś czas, staramy się być lepsi. Nie chodzi tu o bycie lepszym od kogoś (znajomego, przyjaciela, poprzednika). Po prostu chcemy, aby coś lepiej nam wyszło, by ludzie byli z nas dumni i nas docenili. Nie ma w tym nic złego - wiąże się to przecież z naszym dalszym rozwojem.
Problem zaczyna się, gdy ktoś nas do kogoś porównuje. Nikt tego nie lubi. Takie sytuacje zaczynają się już od najmłodszych lat. Kubusiowi pokazuje się, iż Irenka ma lepsze stopnie, bardziej się przykłada i jest grzeczna. Dziewczynce na początek to pasuje – jest stawiana jako wzór. Często duma ją rozpiera, ale… później zaczyna to być coraz bardziej uciążliwe. Może nawet w dwojaki sposób. Po pierwsze jest obciążana psychicznie, bo przecież zawsze jest „tą lepszą", więc taka powinna pozostać. Po drugie, jeśli brakuje jej umiejętności łatwego nawiązywania kontaktów i rozmów z rówieśnikami, może być później wyśmiewana i tępiona przez resztę dzieciaków - kto lubi być uważany ze "tego gorszego"?!
Mimo, iż z tym ostatnim spotkałam się tylko w teorii, to pierwszy przypadek poznałam na własnej skórze i miałam okazję się z nim zmierzyć. Oczekiwania rodziców wobec dzieci bywają męczące. Tym bardziej jeśli jest się jedynakiem. Nie to miało być jednak moim obiektem rozmyślań.
Wchodząc w nowe środowisko, tym bardziej jeśli jest to wersja funkcyjna – przykładowo jakaś praca, walczymy z „autorytetem” poprzednika. Często nie wychodzi to z merytorycznych roszczeń, ale po prostu przyjaźni do osoby, która piastowała dany urząd przed nami. Nasze działania są porównywane. Co powinniśmy zrobić? Na pewno się nie przejmować i działać dalej pomimo zdenerwowania i czasami frustracji. Może warto uświadomić reszcie co czujemy w takich chwilach - często nie zdają sobie z tego sprawy. Bądźmy konsekwentni, a na pewno w końcu nas zaakceptują w całej okazałości - o ile mamy do tego jeszcze jakieś wątpliwości. Sądzę również, że rozsądny "poprzednik" w tym nam pomoże. Nie wykluczone, że za jakiś czas będziemy o niebo lepsi od niego - tego życzę każdemu z "walczących" ;)

4 lutego 2009

Na zakręcie

Każdy ma etap na swojej drodze życia, iż dochodzi do rozdroża. Jedni bez wahania wybierają konkretną ścieżkę, a inni albo się zastanawiają albo starają się sprawdzić każdą z nich. Często przypomina to grę w podchody. Idzie się 100-200 metrów wgłąb i zawraca jeśli nie odnajdzie się kolejnych znaków, a w tym przypadku nie widzi się efektów działań czy chociażby tego celu na horyzoncie. Oczywiście nie jest to możliwe za każdym razem w 100% i zawsze podejmuje się ryzyko. "Grupa uciekająca" bywa sprytna/cwana/złośliwa (do wyboru) i potrafi kamuflować "drogowskazy". Pocieszające jest to, że nawet jeśli zbłądzimy to możemy powrócić na kiedyś obrany szlak. Wszystko zależy od nas samych...
Wybierając sobie cele nie zawsze myślimy o przeszkodach z jakimi będzie nam dane się zmierzyć. Mimo wszystko bierzemy na nie poprawkę, ale jak przychodzi co do czego - okazują się większe lub (dla szczęściarzy) mniejsze od przewidywanych. Wkraczamy więc w pojęcie "planowania". Nieodłącznym jego elementem jest czas. Kiedyś uważałam, że tragedią jest pozostanie po raz drugi w tej samej klasie. Żal mi było moich znajomych, którzy już w podstawówce musieli ugruntowywać sobie wiedzę nie z własnego wyboru, ale z przymusu. Czy dużo się zmieniło? Dalej uważam, iż brak rozwoju jest marnowaniem czasu. Pytanie jednak brzmi - co oznacza rozwój? Czy jest to tylko podstawowa wiedza, którą przyswajamy (mam chociażby taką nadzieję patrząc na kolegów i koleżanki z grupy na roku, którzy prześcigają się w pomysłach na ściąganie) przez lata od przedszkola do uczelni wyższej? Czy może coś więcej?
Zdarza się, jak już wspomniałam, zbłądzić z wytyczonego celu. Nie tylko przez "przeszkody", ale również przez wzgląd na różnego rodzaju "ścieżki". Często są one świadomym wyborem i wiążą się z konsekwencjami. Każdy je ponosi - te pozytywne i negatywne - w zależności od swoich działań. Bywają dni, gdy wynik "akcji-reakcji" nas przerasta. Wtedy z pomocą przychodzą nam przyjaciele. Nie muszą pytać, znać szczegółów - wystarczy, że są i od czasu do czasu przypomną nam główny cel. Dziękuję...