5 lutego 2009

Walka z „autorytetem”

Stawiając sobie poprzeczkę, czy to każdego dnia czy co jakiś czas, staramy się być lepsi. Nie chodzi tu o bycie lepszym od kogoś (znajomego, przyjaciela, poprzednika). Po prostu chcemy, aby coś lepiej nam wyszło, by ludzie byli z nas dumni i nas docenili. Nie ma w tym nic złego - wiąże się to przecież z naszym dalszym rozwojem.
Problem zaczyna się, gdy ktoś nas do kogoś porównuje. Nikt tego nie lubi. Takie sytuacje zaczynają się już od najmłodszych lat. Kubusiowi pokazuje się, iż Irenka ma lepsze stopnie, bardziej się przykłada i jest grzeczna. Dziewczynce na początek to pasuje – jest stawiana jako wzór. Często duma ją rozpiera, ale… później zaczyna to być coraz bardziej uciążliwe. Może nawet w dwojaki sposób. Po pierwsze jest obciążana psychicznie, bo przecież zawsze jest „tą lepszą", więc taka powinna pozostać. Po drugie, jeśli brakuje jej umiejętności łatwego nawiązywania kontaktów i rozmów z rówieśnikami, może być później wyśmiewana i tępiona przez resztę dzieciaków - kto lubi być uważany ze "tego gorszego"?!
Mimo, iż z tym ostatnim spotkałam się tylko w teorii, to pierwszy przypadek poznałam na własnej skórze i miałam okazję się z nim zmierzyć. Oczekiwania rodziców wobec dzieci bywają męczące. Tym bardziej jeśli jest się jedynakiem. Nie to miało być jednak moim obiektem rozmyślań.
Wchodząc w nowe środowisko, tym bardziej jeśli jest to wersja funkcyjna – przykładowo jakaś praca, walczymy z „autorytetem” poprzednika. Często nie wychodzi to z merytorycznych roszczeń, ale po prostu przyjaźni do osoby, która piastowała dany urząd przed nami. Nasze działania są porównywane. Co powinniśmy zrobić? Na pewno się nie przejmować i działać dalej pomimo zdenerwowania i czasami frustracji. Może warto uświadomić reszcie co czujemy w takich chwilach - często nie zdają sobie z tego sprawy. Bądźmy konsekwentni, a na pewno w końcu nas zaakceptują w całej okazałości - o ile mamy do tego jeszcze jakieś wątpliwości. Sądzę również, że rozsądny "poprzednik" w tym nam pomoże. Nie wykluczone, że za jakiś czas będziemy o niebo lepsi od niego - tego życzę każdemu z "walczących" ;)

1 komentarz:

Unknown pisze...

Też miałem taką sytuację, że stawiano mnie za wzór i mówiono mojemu następcy, że "Michał to robił tak ..." albo "Michał, to by wiedział, co zrobić". To było trudne dla niego, ale starałem się, jak tylko mogłem, wspierać go w jego działaniach. Z drugiej strony nie niańczyłem go, bo to on musi być tym silnym i to on bierze na swoje barki odpowiedzialność, jaka wiążę się z jego funkcją. Pomaganie poprzednikom - tak, ale z głową. Też muszą swoje wycierpieć, skoro mają być lepsi od nas.