"Nudzę się" - zwrot, który padał z moich ust w dniu dzisiejszym chyba częściej niż "dzień dobry". Ktoś mi kiedyś powiedział, że inteligenty człowiek się nie nudzi, bo zawsze znajdzie sobie coś do roboty. Postanowiłam przyjrzeć się temu trochę dogłębniej i z tych obserwacji wynikło, iż nie chodzi o brak zadań, ale brak przyjemności z ich czerpania i chęci do wykonania.
Zastanowiłam się czy to co teraz robię mnie satysfakcjonuje? Odpowiedź niestety nie była twierdząca. Może to zmiana pogody, może zbliżająca się zima i wcześniejsze zachody słońca już nie tak spektakularne jak w okresie wakacji są przyczyną mojego przygnębienia, a może jednak nie w tym tkwi problem. Mam wrażenie, że przez ostatnie pół roku zmarnowałam sobie życie. Wybrałam nie tę dróżkę na skrzyżowaniu dróg. Z drugiej jednak strony mam niezapomniane wspomnienia, których wiele osób mogłoby mi pozazdrościć. Podniosły one moje niektóre kompetencje, wzbogaciły doświadczenie, a także pozwoliły spotkać świetnych ludzi z tą iskrą w oku.
Przyzwyczaiłam się do tego, że mój dzień jest zaplanowany od przysłowiowego "A" do "Z", a teraz za pewne tak bardzo się wycwaniłam, iż zajmuje mi to wszystko połowę czasu (jak nie mniej). Dlaczego "wycwaniłam"? Bo zadania rozdzielam wśród ludzi i w rezultacie zagubiłam to coś, co przywiodło mnie do SSPW. Nie czuję satysfakcji. No może kiedy przychodzi konkretny student i mam okazję obcować z żywym organizmem nieanonimowym. Czy zatem powinnam zacząć od początku? Od zwykłego członka WRS? Nie wiem czy umiem. Poza tym - zaprzepaściłabym ostatnie 3 lata działalności. Najlepiej byłoby więc zrezygnować. Nie, nie teraz - warto doprowadzić do końca to co się zaczęło, ale nie bawić się w to dalej.
Nie wykluczone, że właśnie moja podświadomość uznała tę tezę wcześniej niż rozum i dlatego postępuję ostatnio tak jak postępuję. Może wcale nie powinnam się pchać w jakiś związek, bo chyba chodzi tylko o zapełnienie sobie czasu czymś innym (w tym przypadku - kimś innym). Podobne zastosowanie ma chyba również pełnić rekrutacja do studenckich ekspertów PKA. Często niecierpliwie się, bo nie widzę efektów. Męczy mnie to. Postanowiłam coś jednak - szukam swojego miejsca na tym ziemskim padole...
Zastanowiłam się czy to co teraz robię mnie satysfakcjonuje? Odpowiedź niestety nie była twierdząca. Może to zmiana pogody, może zbliżająca się zima i wcześniejsze zachody słońca już nie tak spektakularne jak w okresie wakacji są przyczyną mojego przygnębienia, a może jednak nie w tym tkwi problem. Mam wrażenie, że przez ostatnie pół roku zmarnowałam sobie życie. Wybrałam nie tę dróżkę na skrzyżowaniu dróg. Z drugiej jednak strony mam niezapomniane wspomnienia, których wiele osób mogłoby mi pozazdrościć. Podniosły one moje niektóre kompetencje, wzbogaciły doświadczenie, a także pozwoliły spotkać świetnych ludzi z tą iskrą w oku.
Przyzwyczaiłam się do tego, że mój dzień jest zaplanowany od przysłowiowego "A" do "Z", a teraz za pewne tak bardzo się wycwaniłam, iż zajmuje mi to wszystko połowę czasu (jak nie mniej). Dlaczego "wycwaniłam"? Bo zadania rozdzielam wśród ludzi i w rezultacie zagubiłam to coś, co przywiodło mnie do SSPW. Nie czuję satysfakcji. No może kiedy przychodzi konkretny student i mam okazję obcować z żywym organizmem nieanonimowym. Czy zatem powinnam zacząć od początku? Od zwykłego członka WRS? Nie wiem czy umiem. Poza tym - zaprzepaściłabym ostatnie 3 lata działalności. Najlepiej byłoby więc zrezygnować. Nie, nie teraz - warto doprowadzić do końca to co się zaczęło, ale nie bawić się w to dalej.
Nie wykluczone, że właśnie moja podświadomość uznała tę tezę wcześniej niż rozum i dlatego postępuję ostatnio tak jak postępuję. Może wcale nie powinnam się pchać w jakiś związek, bo chyba chodzi tylko o zapełnienie sobie czasu czymś innym (w tym przypadku - kimś innym). Podobne zastosowanie ma chyba również pełnić rekrutacja do studenckich ekspertów PKA. Często niecierpliwie się, bo nie widzę efektów. Męczy mnie to. Postanowiłam coś jednak - szukam swojego miejsca na tym ziemskim padole...
1 komentarz:
"Znów będę kimś, kim byłem kiedyś - pomyślał. - A przecież owce nie nauczyły mnie mówić po arabsku".
Nauczyły go jednak czegoś innego, równie ważnego. Tego, że na świecie istniał język zrozumiały dla wszystkich, i nim właśnie posługiwał się cały ten czas, kiedy starał się rozwinąć handel kryształami. Był to język zapału, język spraw, którymi zajmujemy się z miłością i ochotą, nie tracąc nigdy z oczu celu, do którego zmierzamy i w który mocno wierzymy. Tanger nie był już obcym miastem i chłopiec czuł, że podobnie jak podbił to miasto, mógłby podbić cały świat. […] Wyszedł, nie żegnając się ze Sprzedawcą Kryształów …
Prześlij komentarz