1 listopada 2008

Trudne 5 minut

Dużo się ostatnio dzieje, a że oprócz spraw dodatkowych mam sporo nauki (przynajmniej w tygodniu z 5 laborkami) to nie miałam za bardzo kiedy pisać. Ostatni czas był wyjątkowo ubogi w chwilę wytchnienia i spokoju.
Tydzień, jak chyba każdy, rozpoczął się od poniedziałku. Nic nie sugerowało tak wielu zwrotów akcji. Wpierw spotkanie ze STERem w sprawie szkoleń WRS, gdzie na podstawie zrealizowanych ankiet wśród potencjalnych uczestników doszlifowaliśmy nową koncepcję. Rozpocząć się miało dwudniowym wyjazdem, na którym za pomocą gier i zabaw studenci nauczyliby się komunikacji między sobą, zżyli, poznali i nastąpiłaby integracja wewnątrz jak i pomiędzy WRSami. Kolejny tydzień służyłby szkoleniu stacjonarnemu, gdzie przekazane by były wszystkie umiejętności twarde (czyli w dużej mierze wiedza regulaminowa i pożyteczna do konkretnej działalności) oraz zaprojektowanoby od samego początku do końca jakiś projekt. W styczniu miałyby się odbyć posiedzenia komisji programowych informujące czym dana jednostka się zajmuje oraz na co był postawiony nacisk w zeszłym roku (w celu świadomych wyborów komisji), a następnie szkolenia tych właśnie komisji z pomocą obecnych przewodniczących. Ustalone również zostało, iż alkoholu SSPW nie kupuje (nawet ze składki uczestników). Wszystko niby pięknie, ale... wszystko pękło dnia następnego jak bańka mydlana. Oprócz krytyki nie usłyszałam niestety nic więcej poza tym, iż alkohol zostanie zakupiony - jak widać Kolegium wie lepiej, co potrzebuje nowy student w strukturach samorządu. W takiej sytuacji podziękowałam za funkcję koordynatora szkoleń WRS. Mam również nieodparte wrażenie, że szkolenie z komunikacji zostało całkowicie olane przez większość zasiadających w tym gremium, bo aż żal było patrzeć na tę porażkę reprezentujących studentów ludzi i sposób rozmowy między nimi na tym spotkaniu.
Na domiar tego (tak - miałam paskudny tydzień) o mało co jedna osoba nie zrezygnowałaby z działalności w Komisji Dydaktycznej. Udało się jednak poprzez rozmowę, ciężką z początku, określić podział kompetencji i zadań między KD a RKN. Fakt, że atmosfera w "samorządzie głównym" utrudnia współpracę z wieloma osobami i odbija się negatywnie oraz niekorzystnie na wszystkich wokół, ale doszliśmy do wniosku, iż przepływ informacji między nami również został zachwiany. Wynika to ze względu na dużą ilość zadań i coraz mniejszą ilość czasu. Postanowiliśmy to jednak szybko naprawić, co przejawiło się chociażby w dniu następnym ponad 3h wyjściem do kawiarni i ustaleniami, co do szkolenia kół naukowych, studenckiego forum naukowego i kilku innych :)
Oprócz spotkania ze STERem, posiedzenia KD, Kolegium, Senatem, spotkania z RKNem, dostarczeniem KA do SSPW zaistniały jeszcze wydarzenia związane ze zbliżającymi się wyborami do WRS. W czwartek zostałam brutalnie napadnięta przez Natalię, która siłą starała się mi wcisnąć długopis w dłoń bym podpisała się pod wnioskiem kandydowania do WRS. Mimo dodatkowych zasobów ludzkich ten cel jej nie wyszedł, a w rezultacie przywitała podłogę i o mało co nie rozwaliła śmietnika :) Tak - niektórzy żałowali, iż tego nie widzieli ;) Nie mniej namowom od czwartku nie było końca. Jedni byli bardziej dyskretni, a inni wręcz nachalni. Nie ukrywam - jest to w jakiś spoób miłe, bo świadczy o tym, iż dobrze (albo w miarę dobrze) wykonuję swoją pracę. Człowiek czasami lubi czuć się namawiany, odczuwać, iż innym zależy na tym by gdzieś był i coś robił, czuje się wtedy spełniony. Zostałam zatem psychicznie zobowiązana do rozważenia kwestii kandydowania. Po jednej stronie leżą chęci, przyzwyczajenia, ale z drugiej - ustalona przeze mnie hierarchia wartości no i studia. Świetnie zdaję sobie sprawę, że na WRS by się nie skończyło - nie oszukujmy się, bo nie potrafiłabym się ograniczyć do tego typu działalności (nie ma jak brak skromności), a żeby się rozwijać należałoby powalczyć o coś więcej niż obecnie, co wiąże się z przesunięciem obrony na kolejny rok. A na to nie chcę sobie pozwolić.
Z "grobów" wróciłam po 14.00. Nie ukrywam - zaczęłam się łamać. Za równo wczoraj, gdy zostało mi uświadomione, iż tak naprawdę posiadam wizję co do funkcjonowania Samorządu i zapytaniu kilku osób na gadu-gadu wraz z elementem pomocniczym - dlaczego by na mnie zagłosował/a, jak i dzisiaj. Postanowiłam zatem porozmawiać z osobami, które najprawdopodobniej by mnie wymeldowały z mieszkania (tak - rodzice), gdybym kolejny rok była w strukturach SSPW. W rezultacie mój głos sumienia zwyciężył, a 15.00 godzina minęła. Jednak ostatnie 5 minut było niewyobrażalnie ciężkie. Dawno mną tak nie targały emocje. Całe szczęście jest już po wszystkim :)

1 komentarz:

Unknown pisze...

Gratuluję wytrwałości. Wszyscy dobrze wiedzą, że świetnie nadajesz się do samorządu. Powiem więcej, jesteś za dobra na samorząd. I dlatego właściwe było zrezygnowanie. Znasz już swoją wartość, stoczyłaś największe boje, wyszłaś z nich z tarczą i wysoko podniesioną głową. Czas zaleczyć rany, chwilkę odpocząć, schować się, aby po skończeniu uczelni ponownie pójść za głosem serca, które tym razem będzie namawiało Ciebie do większych ofiar. Zeszłaś sceny niepokonana. Pewien etap się zakończył ...